Czeski urząd statystyczny opublikował wczoraj dane, od których producenci ronią łzy radości, a konsumenci są lekko skonfundowani. Ceny w przemyśle spadają trzynasty miesiąc z rzędu, rolnictwo runęło o 8 procent, a mleko i owoce potaniały tak bardzo, że aż chce się kupować na skrzynki. Ale zanim pobiegniecie do sklepu z wózkiem, zastanówmy się, co tak naprawdę się dzieje i dlaczego eksperci już biją na alarm.
Czeski Urząd Statystyczny opublikował dane za luty i liczby rzeczywiście wyglądają ładnie. Producenci przemysłowi obniżyli ceny towarów średnio o 2,9% w porównaniu z ubiegłym rokiem. Energetyka spadła o 7,1%, chemia — o ponad 10%. W sektorze rolnym obraz jest jeszcze ciekawszy: ceny runęły o 8,1%, przy czym owoce potaniały o ponad 40%, ziemniaki o jedną czwartą, a nabiał o prawie 12%. Nawet świnie straciły na wartości prawie 20%.
Jak to zwykle bywa w ekonomii, jest pewien niuans. Zwierzęta gospodarskie, jaja i drób niespodziewanie poszły w górę: wołowina podrożała o prawie jedną trzecią, jaja o 20%. Najwyraźniej producenci uznali, że na czymś trzeba zarabiać, skoro na mleku się traci. Budownictwo trzyma się stabilnie: ceny robót budowlanych wzrosły o 2,7%, materiały o 1,9%.
Cisza przed burzą
Ale to, co naprawdę niepokoi ekonomistów, to nie nawet lutowe dane, ale to, co wydarzy się za kilka tygodni. Podczas gdy analitycy odnotowywali rekordowe spadki cen, w Zatoce Perskiej wybuchł poważny konflikt. A ropa, jak rozumiecie, to nie tylko paliwo do samochodów, to krew globalnej gospodarki. Dla Polski, której gospodarka jest silnie powiązana z czeskim przemysłem i handlem, a także boryka się z własnymi wyzwaniami inflacyjnymi, wzrost cen ropy oznacza wyższe koszty produkcji, droższy transport i presję na złotego, co może opóźnić oczekiwane obniżki stóp procentowych przez RPP.
Petr Dufek, główny ekonomista Banky Creditas, w komentarzu dla Novinky.cz wypowiedział się wprost: marcowe liczby będą zupełnie inne. Według niego w statystykach cen przemysłowych zobaczymy prawdziwy skok spowodowany gwałtownym wzrostem cen ropy i jej pochodnych. I to dopiero początek.
„Jeśli konflikt w Zatoce Perskiej będzie kontynuowany w nadchodzących miesiącach, będziemy świadkami epidemii cenowej, która przeniesie się na inne gałęzie przemysłu, a następnie na rolnictwo” – wyjaśnia Dufek. „Okres przyjemnie niskiej inflacji dla konsumentów może dość szybko się skończyć. Wzrost cen paliw to tylko pierwszy fragment długiego łańcucha cenowego wywołanego wojną. Dalej pociągną gaz i elektryczność”.
Tłumacząc z ekonomicznego na ludzki: lutowa taniość to anomalia. Siedzimy teraz w tanim barze z resztkami zeszłorocznych zbiorów, a barman już otwiera nową partię whisky, którą przywiozą po nowych cenach. I ta whisky będzie kosztować zupełnie inne pieniądze.
Co to oznacza dla biznesu i zwykłych ludzi
Dla przedsiębiorców, zwłaszcza w branżach energochłonnych, marzec będzie sprawdzianem siły. Ci, którzy przywykli do taniej energii, mogą otrzymać nieprzyjemne niespodzianki w rachunkach. Dla rolników, którzy właśnie zaczęli cieszyć się ze spadku cen pasz, wyższe koszty paliwa uderzą w ich zyski — sprzęt trzeba czymś zatankować.

A dla zwykłych konsumentów — przygotujcie się na to, że tanie mleko i owoce są tymczasowe. Ekonomia jest ze sobą powiązana: gdy drożeje ropa, rosną koszty logistyki, a następnie ceny na półkach w supermarketach. Więc cieszmy się lutowymi cenami, póki są, i śledźmy wiadomości z Zatoki. Bo stamtąd będzie płynąć nie tylko polityka, ale także nasze przyszłe rachunki za media i paragony za zakupy.
