Pamiętacie czasy, kiedy pójście do kina było wydarzeniem? Kupowało się bilety z wyprzedzeniem, stało w kolejce po popcorn, a potem przez trzy dni dyskutowało się o filmie w pracy. Dziś jest inaczej. Serwisy streamingowe duszą tradycyjne kina, ceny biletów są wysokie, a ludzi ma coraz mniej czasu. Ale, jak się okazuje, nie dla wszystkich.
Najnowsze badanie amerykańskiej firmy Fandango postanowiło sprawdzić, kto dziś w ogóle chodzi do kina i dlaczego. Przebadano 7000 dorosłych Amerykanów. Ponad pięć tysięcy przyznało się do bycia kinomanami – czyli w ciągu ostatniego roku byli w kinie przynajmniej raz. Wyniki zaskoczyły nawet marketerów. Dla polskich kin, które wciąż odbudowują frekwencję po pandemii i rosnącej konkurencji streamingu, te dane pokazują, że młodzież to klucz do przetrwania.
Okazało się, że pokolenie Z (Zoomerzy) nie tylko chodzi do kina – robią to częściej niż wszyscy inni i wydają najwięcej pieniędzy. Co więcej, ich powody są zupełnie inne niż u ich starszych braci i sióstr z pokolenia milenialsów. Przejdźmy do liczb.
Ile razy każde pokolenie było w kinie w ciągu ostatniego roku
Oto liczby. 87% pokolenia Z obejrzało co najmniej jeden film w kinie w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Dla milenialsów – 82%. Dla pokolenia X – 70%. Dla baby boomersów – 58%. Różnica między Zoomerami a boomersami – prawie 30 punktów procentowych. To, szczerze mówiąc, ogromna różnica.
Częstotliwość wizyt wygląda podobnie. Przeciętnie Zoomerzy i milenialsi wybierają się do kina około siedmiu razy w roku. Pokolenie X – 6,1 raza. Boomersi – 5,7 raza. Wydaje się, że różnica jest niewielka. Ale dla sieci kin każda dodatnia wizyta na osobę to miliony dolarów wpływów z biletów. Szczegóły badania publikuje Variety.
Po co tam chodzą – i tu drogi się rozchodzą
Najciekawsze zaczęło się, gdy zapytano respondentów o motywację. Milenialsi, według badania, postrzegają pójście do kina jako sposób na ucieczkę od codziennej rutyny. I to bardzo przypomina prawdę. Kredyt hipoteczny, praca, dzieci, nieskończona lista obowiązków – seans w ciemnej sali staje się małą terapią.
Zoomerzy patrzą na to inaczej. Dla nich kino to przede wszystkim aktywność społeczna. Spotkać się z przyjaciółmi, wyjść z domu (tak, oni też męczą się ekranami), omówić film zaraz po seansie, a nie na piśmie dwa dni później. Wśród Zoomerów kluczowymi motywami były również szeroki wybór filmów i zwykła chęć wyjścia z czterech ścian.
A co ze starszym pokoleniem? Pokolenie X tłumaczy spadek swoich wizyt cenami biletów, brakiem ciekawych premier i tym, że w domu na streamingach jakość jest teraz prawie taka jak w kinie. Szczerze mówiąc, w dużej mierze mają rację.
Co przeszkadza wszystkim bez wyjątku
Pomimo różnic w wieku i motywacji, problemy są u wszystkich takie same. Ludzie narzekają na trzy rzeczy. Po pierwsze – trudno uzgodnić harmonogram z rodziną lub przyjaciółmi. Po drugie – brak wolnego czasu. Po trzecie – znalezienie biletów w przystępnej cenie staje się coraz trudniejsze.
I tu jest niepokojący sygnał dla całej branży. Obecna frekwencja w kinach jest wciąż o 20% niższa niż przed pandemią w 2019 roku. Jedna z głównych przyczyn – mniej nowych premier. Hollywood wciąż nie odbudowało produkcji po strajkach scenarzystów i aktorów, a serwisy streamingowe przejęły część premier.
Co to wszystko znaczy: moja krótka analiza
Jeśli odrzucić liczby i spojrzeć na całościowy obraz, wniosek jest dość prosty. Kina trzymają się dziś na dwóch filarach. Pierwszy – Zoomerzy, którzy chodzą dla towarzystwa i ostrych wrażeń. Drugi – milenialsi, którzy chodzą, aby odpocząć od rzeczywistości. Obie grupy na razie ratują biznes kinowy przed całkowitym upadkiem.

Ale jest też problem systemowy. Pokolenie X i boomersi stopniowo odpadają. Jeśli nie uda się ich przywrócić – a przywrócić ich można tylko cenami i jakościowymi treściami – kino ryzykuje przekształcenie się w czysto młodzieżowe spotkania. To nie jest ani złe, ani dobre. To po prostu inny biznes.
Osobiście, patrząc na te liczby, odczuwam lekki optymizm. Tak, frekwencja jest niższa niż przed COVID-19. Ale fakt, że młodzież wciąż wychodzi z domu i płaci za bilety – to dobry znak. Oznacza to, że kino jako doświadczenie jeszcze nie umarło. Po prostu się zmieniło. Jak wszystko wokół.
